High Places, czyli Rob Barber i Mary Pearson, swą muzykę określają nieco przewrotnie jako “surf-hardcore”, choć można też natrafić na równie uzasadnione etykietki: „folky-step” lub „micro-Americana”. Nagrywane w domowym studio folkowe melodie i filigranowe, choć gęste, synkopowane rytmy mogą zachwycić zarówno fanów postpunkowych prymitywistów  jak i miłośników neo-psychodelii spod znaku Animal Collective. Grupa z Brooklynu po serii świetnych EP-ek debiutuje w barwach Thrill Jockey równie znakomitym albumem zatytułowanym po prostu „High Places”.  Już niedługo Amerykanie zagrają też dwa koncerty w Polsce: 7 listopada w Krakowie i dzień później w Warszawie.

Jakie były początki Waszej współpracy? Z tego co wiem, byłeś fanem hardcore’a a Mary wywodzi się z bardziej konserwatywnego środowiska?

Rob: Tak, gdy byłem młodszy słuchałem hardcore. Teraz mam 34 lata i już nie jestem tak blisko związany z tą sceną, choć myślę o tym ruchu z sympatią i sentymentem. Śledząc scenę hardcore gdy się dorasta, można się sporo nauczyć zarówno jeśli chodzi o podejście do biznesu jak i muzyki. Zawsze jednak słuchałem też wielu innych rzeczy. Podobnie Mary. Spotkaliśmy się i gramy razem, pomimo że Mary jest klasycznie wykształcona, świetnie gra na fagocie. Ale jest otwarta na najróżniejsze dźwięki i dzięki temu się poznaliśmy. Mieliśmy nawzajem dużo szacunku dla tego, co każde z nas robiło solo. Pomyśleliśmy, że gdy zderzymy nasze tak różne, doświadczenia, to powstanie coś zupełnie nowego. I okazało się, że świetnie się rozumiemy – zaskoczyło niemal od razu.

Jak długo gracie razem?

R: Dwa i pół roku czyli nie tak długo.

Niejednokrotnie pisze się o Was w kontekście tradycji DIY – “do it yourself”. Czy rzeczywiście jesteście całkowicie samodzielni jako nagrywająca i koncertująca grupa? I czy to wybór etyczny czy po prostu narzucone sobie artystyczne ograniczenie. A może kwestia pieniędzy?

Mary: Z pewnością doświadczenia Roba miały tu znaczenie, choć w ostatnim roku trochę się to zmieniło. DIY dotyczyło też nie tylko naszego brzmienia, które niektórzy mogą określić jako popowe, ale tego, że jesteśmy politycznie świadomi, dbamy o to, gdzie gramy. Nadal nie jest to obojętne, ale teraz wiele koncertów ustawia nam manager.

R: To kwestia tego, jak podchodzisz do muzyki. Po prostu sami wszystko nagrywaliśmy, sami umawialiśmy koncerty. Teraz się to nieco zmieniło, bo np. nie bylibyśmy w stanie sobie sami zorganizować trasy w Europie. Ale wciąż nagrywamy w domu, nie tylko dlatego, że tak jest taniej, ale po prostu mamy większa swobodę, czujemy się naturalniej.

Jak długo trwały prace nad albumem?

R: Trudno powiedzieć, bo w zasadzie równolegle pisaliśmy materiał na płytę i go nagrywaliśmy. To trwało kilka tygodni, ale w międzyczasie pojechaliśmy na krótkie tournee. I po powrocie znów zabraliśmy się do pracy. W sumie pewnie zabrało to pół roku, ale większość rzeczy zrobiliśmy przez ostatnie dwa miesiące.

O Waszej muzyce pisze się często w odwołaniu do postpunkowej tradycji, wspominając o Young Marble Giants czy Beat Happening. Czy dostrzegacie te pokrewieństwa?

R:  To pewnie moja wina. Wszystko przez to, że w którymś z wywiadów przyznałem, że słuchałem Beat Happening. Podobała mi się idea ciekawych, ale prostych piosenek nagrywanych na czym tylko się da. Gdy zaczynałem zajmować się muzyka, nie było mnie stać na kupienie bębnów, grałem więc na skrzynkach owiniętych kocem. Nie mieliśmy pieniędzy na drogi sprzęt i za przykładem m.in. Calvina Johnsona szukaliśmy materiałów, z których możemy stworzyć własne instrumenty. Wspomniałem o Beat Happening i okazało się, że dziennikarze jednak czytają wywiady innych dziennikarzy. (śmiech)

To prawda!

R: No i często mają słabość do Beat Happening. Wiec wszyscy zaczęli o to pytać. Co do Young Marble Giants – nie znam ich za dobrze, ale zdaje się, ze robili podobne rzeczy, tyle że w Anglii.

A w jaki sposób powstawały beaty na płycie? Brzmią trochę inaczej niż na epkach.

R: Większość beatów i w ogóle brzmień tworzymy grając jakiś szczególny, unikalny dźwięk i potem nad nim pracując. Ale cała struktura rytmiczna powstaje tak, że gramy jakiś prosty beat, a potem na nim nagrywamy kolejny i kolejny. W ten sposób powstaje taka wielowarstwowa tkanka.

M: Początkowo wykorzystywaliśmy do grania to, co mieliśmy w mieszkaniu i nasze brzmienie przypominało raczej field recordings. Ale z czasem zaczęliśmy też słuchać dużo reggae i hip hopu, także muzyki tanecznej – rzeczy z mocnym, konkretnym beatem. Z czasem i w naszych nagraniach zaczęło się pojawiać więcej elektronicznych rytmów.

Jednak to, co robicie nadal jest bardzo filigranowe i delikatne. Nie myśleliście o tym, jakby brzmiało High Places z konkretnym „tłustym beatem”?

R: Być może spróbujemy czegoś takiego na następnej płycie. Jeszcze nie wiemy. Na pewno nie chcemy nagrywać w kółko tego samego albumu. Póki co pracujemy nad nową 12’tką wspólnie z przyjacielem – Soft Circle, i chcemy, by to była taneczna płyta. Wciąż brzmi to jak High Places, ale jak High Places tworzące klubowego singla.

Czy ważna jest dla Was cała nowojorska tradycja muzyczna. Nowa fala i no wave, tamtejszy jazz i awangarda? Na ile na Waszą muzykę wpływa miejsce, w którym tworzycie?

R: Żyję w Nowym Jorku od 1996 roku czyli już 12 lat, a wcześniej mieszkałem w Filadelfii – zaledwie półtorej godziny drogi stad. Nowy Jork zawsze był bardzo stymulujący – cała muzyka oparta na rytmie ma tu swoje źródła. Przede wszystkim hip hop. Hip hopowe koncerty w Nowym Jorku były dla mnie czymś niezwykłym. Niejednokrotnie zastanawiałem się, na ile kształtuje mnie to, gdzie żyję. Czy grałbym inaczej mieszkając w drewnianej chacie, gdzieś w lesie. I wydaje mi się, że zawsze staraliśmy się robić muzykę, która brzmi, jakby powstała w osobnym świecie – nie w NYC czy jakimś innym konkretnym miejscu. Myślę, że gdziekolwiek byśmy nie wylądowali, starczy nam wyobraźni, by nie musieć nikogo naśladować i tworzyć coś własnego, unikalnego.

Niejednokrotnie podkreślaliście, że Waszą główną inspiracją jest natura, a mieszkacie w wielkiej metropolii, w zurbanizowanej przestrzeni. Jak to godzicie?

R: Byłeś kiedyś w Nowym Jorku?

Niestety, nigdy nie miałem okazji.

R: Nowy Jork jest oczywiście bardzo gwarny, generuje niesamowitą energię, przewija się tu mnóstwo ludzi. Ale też często zapomina się, że to miasto ma wspaniałe, piękne parki. Wystarczy, że przejdziesz kilka ulic i możesz nagle znaleźć się między starymi pięknymi drzewami. Mamy też dostęp do morza. Wsiadasz do metra i w ciągu pół godziny jesteś na plaży. Wyjedziesz trochę dalej i możesz w spokoju, niemal w samotności spacerować nad Oceanem. Poza tym wyjeżdżając z NYC tym wyraźniej dostrzegamy niezwykłość wielkich przestrzeni. Gdy jedziesz w tournee po Stanach musisz przemierzyć ogromne odległości, często zupełnie niezaludnione wielkie obszary. Jedziesz przez pustynie, wysokie góry i to jest fascynujące.

M:  Z jednej strony w Nowym Jorku  przyzwyczajasz się do hałasu ulicznego ruchu, korków i rano słyszysz budowlańców, ale z drugiej – być może przez to ludzie z NYC w wolnym czasie bardziej doceniają naturę i mają do niej szczególne, romantyczne podejście. W Nowym Jorku stymulujące jest właśnie to zderzenie hałasu, nieustannego ruchu i tych cichych miejsc i momentów.

Słyszałem plotki, że przed podpisaniem kontraktu toczyła się o Was mała wojenka pomiędzy Touch And Go i Thrill Jockey? Czy to prawda? I dlaczego wybraliście Thrill Jockey?

R: (śmiech) Oooo…powiem Ci, że to się nazywa wnikliwość!  Rozmawialiśmy o tej sytuacji tylko z kilkoma przyjaciółmi i to niesamowite, że ta plotka się rozeszła! Tym bardziej, że nie pytał nas o to nikt ze Stanów, a Ty dzwonisz z Polski i zadajesz takie pytanie. Niesamowite! Cóż… no rzeczywiście były takie podchody z obu stron i bardzo nam to pochlebiło (śmiech). Touch And Go to fantastyczna wytwórnia, z niesamowitą historią. Wydali masę genialnych albumów i to oni stworzyli definicje niezależnej firmy. Byli modelem dla wielu labeli i zasługują na wielki szacunek. I to na pewno bardzo nam bliskie zjawisko. Wybraliśmy jednak Thrill Jockey, bo są też uznanym labelem, ale jednak nieco mniejszym.  Poza tym Bettina Richards, która prowadzi tę wytwórnię wydaje płyty, bo po prostu wydają jej się ciekawe. Niekoniecznie muszą sprzedawać się w wielkich ilościach – reedycje zapomnianych tytułów sprzed lat, free jazz, nie tylko duże zespoły. Poza tym w Thrill Jockey ukazały się krążki zespołów, z którymi się przyjaźnimy i które naprawdę bardzo lubimy, np. Thank You czy Boredoms.

M:  Ważne było też to, że Thrill Jockey interesowało się nami od samego początku. Oni byli pierwszą wytwórnią, która się do nas zwróciła. Poza tym Bettina szanuje nie tylko naszą muzykę, ale  także ceni sposób w jaki załatwiamy interesy i to jak funkcjonujemy. Nigdy nas do niczego nie zmuszała i nie poganiała. Z jej strony nie było żadnego ciśnienia. Mieliśmy też wolną rękę w zakresie oprawy graficznej czy wizualizacji na koncertach Zawsze czuliśmy, że mamy z jej strony wsparcie i to była po prostu naturalna decyzja.

Odwiedzacie Europę w gorącym czasie amerykańskich wyborów. Czy świadomie wybraliście taki moment na wizytę tutaj, by uciec od tego szaleństwa?

M: (śmiech) Prawdopodobnie na wyniki będziemy czekali na lotnisku i mam wielka nadzieje, że po ogłoszeniu wyników ze spokojem wrócimy do domu. I będziemy mogli być dumni z naszego kraju!

Zatem do zobaczenia w Polsce.

R: Bardzo się cieszę na tę wizytę, jestem podekscytowany, bo mam polskie korzenie. Wciąż mam daleką rodzinę w Polsce a nigdy tam nie byłem. I bardzo wiele sobie obiecuję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Witajcie na stronach blogu Isound Labels.

Magazyn


Stop.Look.Listen



Serdecznie zapraszamy do naszego nowego działu - Magazyn Znajdziecie w nim w wywiady, artykuły, sylwetki artystów czy nasze płytowe rekomendacje i przypomnienia.

Zapowiedzi wydawnicze

Luomo Plus

Toro Y Moi Underneath The Pine


Best New Music | 2011
Kultowi i wizjonerscy artyści na jednej kompilacji! Przyszłość sceny muzycznej już dziś! Na płycie m.in. Fleet Foxes, Kanye West, Washed Out, Robyn, Austra, Ariel Pink, Emika, Junior Boys, Four Tet, Deerhunter, Toro Y Moi, Gang Gang Dance, Iron & Wine i inni.

Toro Y Moi Causers Of This

Reklamy

%d blogerów lubi to: