Gdy w 1973 roku Robert Wyatt, ex-członek legendarnych Soft Machine po upadku z okna podczas nabawił się poważnego urazu kręgosłupa, wydawało się, że to koniec kariery jednego z najzdolniejszych muzyków brytyjskiej jazz-psychodelii. Wyatt – znakomity perkusista i charakterystyczny wokalista – przykuty został do inwalidzkiego wózka. To co dla innych byłoby przekleństwem – jemu dało dodatkowa siłę. Niecały rok po wypadku Anglik nagrał arcydzieło „Rock Bottom” – które inspiruje do dziś muzyków z najróżniejszych kręgów:  progrocka, avant-folku, gitarowego indie-popu czy techno-elektroniki. Na jego ostatnim krążku, znakomitym „Comicopera” wspólnie grają m.in. Phil Manzanera (Roxy Music), Paul Weller i Brian Eno. Wydawcą jest zaś Domino – wytwórnia Franz Ferdinand i Arctic Monkeys. Wyatt ma więc powody by tryskać humorem.

„Dobranoc” – mówi po polsku, na początek rozmowy. Co słychać w Zakopane? –pyta, naprawiając ze śmiechem swą gafę. Przyznaje, ze kilku zdań nauczył się od swojej żony, której dziadkowie mieszkali w Polsce i czasem dla żartu zagaduje naszych rodaków mieszkających w Anglii. Poważnieje, gdy zaczynamy rozmawiać o „Comicopera”.

wywiadrobertwyatt

Skąd pomysł na nawiązania do konwencji opery komicznej?

Pomyślałem, że to formuła, która pozwala znaleźć równowagę miedzy różnymi tonami: karnawałowym i dramatycznym. Nigdy nie pokusiłbym się o próbę napisania wielkiej opery tragicznej. Nie jestem, aż tak smutny. Naprawdę, nie jestem Wagnerem. (śmiech) Nie znaczy to jednak, że na „Comicopera” unikam poważnych tonów. W pierwotnym rozumieniu komedia niekoniecznie oznaczała coś śmiesznego. Po prostu opowiadała o ludzkich słabościach. Tu jest podobnie – kilka różnych głosów tworzy narracje, mówiąc o pewnej tajemnicy. Z jednej strony całość jest poważna, z drugiej – komizm to wentyl, który ułatwia uwolnienie emocji. Pozwala powiedzieć rzeczy ważne, ale ze swobodą i wdziękiem. Bardzo nie chciałbym, aby ktokolwiek odniósł wrażenie, że stawiam jednoznaczne tezy i przypisuję sobie jakieś racje. Nie chcę być autorytetem i mówić ludziom, co mają robić. Zwykle nie mam pojęcia, co maja robić. Nie zawsze wiem też, co jest najlepsze dla mnie. Dlatego czasem trzeba się pogodzić, z tym, że człowiek bywa komiczny. Moja opowieść to po po prostu dalsza część balzakowskiej komedii ludzkiej.

Tytuł zamierzenie brzmi jednak jak neologizm, słówko wzięte z hiszpańskiego. W finałowej części rezygnujesz też ze śpiewania po angielsku. Co to oznacza?

To, że śpiewam w innych językach jest formą protestu. Druga część płyty jest pewnym namysłem nad tym, co konstytuuje zachodnią cywilizacje. Wojna, polityka to siły, wobec których trzeba się określić. Podobnie religia, która każe człowiekowi dorastać w poczuciu winy. Finał jest zaś rodzajem sprzeciwu na to, że tak łatwo jest kogoś zbombardować. To przerażające, szczególnie gdy pamięta się, że nie tak dawno – jedno pokolenie wcześniej – uczestniczyliśmy w słusznej wojnie. Musze przy okazji powiedzieć, że tu wciąż pamięta się o polskich lotnikach z tamtych czasów. I teraz ta historia, pamięć o bohaterstwie, duma zostają upokorzone poprzez absurdalne, bezsensowne, kunktatorskie interwencje zbrojne. Dlatego czuję wstyd, że jestem Anglikiem i zdecydowałem się na status „obcego”. Nie chce już nigdy śpiewać po angielsku.

Czy język piosenki znacząco wpływa na Twoja interpretację, na myślenie o kompozycji? Nie myślałeś, by zaśpiewać wiersze Llorki po angielsku?

Przekaz Garcia Llorki jest moim zdaniem niezwykle mocny – z jednej strony dlatego, że był ofiarą okrutnych prześladowań, a z drugiej – dlatego, że to tak wybitny poeta. On potrafi poruszyć te obszary wyobraźni, których nie umie obudzić nikt inny. Dociera tam, gdzie nikt przed nim nie dotarł. Dlatego też „Cancion De Julietta” wykonywane jest w oryginale. Siłą Llorki jest melodia. Jak każdej wielkiej poezji zresztą. Poza tym hiszpański brzmi zupełnie odmiennie od języka angielskiego – jest miękki, południowy. Trudny do przetłumaczenia, ze względu swój szczególny ton. Przez jakiś czas pomieszkiwałem w Hiszpanii, wiele razy tam jeździliśmy z Alfie i nadal jesteśmy do Hiszpanii przywiązani. Hiszpanie maja w sobie mnóstwo życia, nie ma w nich rezygnacji.

wywiadrobertwyatt3

Powiedziałeś kiedyś z dumą „nigdy nie nagrałem rockowej płyty”. Czy to też rodzaj deklaracji pewnej niechęci wobec współczesnej kultury anglosaskiej?

Kultura światowa jest tak bogata i nie wiedzieć czemu, wszyscy tak bardzo koncentrują się na jednej części świata. Gdy przeglądam prasę muzyczną i czytam coś w rodzaju: „kolejna wielka inwazja heavy metalu”, myślę: też mi wydarzenie! (śmiech) Jakby to było najwspanialsze, co można wymyślić. Dlatego dostrzegam pewien ruch opozycyjny wobec kultury anglosaskiej, bo ta dominacja trochę przypomina inwazję chrześcijaństwa w minionych wiekach. Wiadomo, że wynika to z rozwoju przemysłu rozrywkowego, a ja nie chcę – na ile to możliwe- być tego częścią. Nie chce być traktowany jako ktoś wyjątkowy. Mnóstwo zdolnych ludzi na świecie gra muzyką – i nagle pojawia się rockowy zespół i mówi: „chcemy podbić świat”. Ta retoryka niekoniecznie mi się podoba. Z drugiej strony jednak niezwykle wiele zawdzięczam muzyce rockowej. Przyniosła mi dużo radości i szczęścia. Niewinność rocka w dawnych latach była wspaniała, a idea, że każdy może zacząć grać: wziąć do ręki instrument i założyć zespół, bardzo mi się podoba. To jakby współczesna muzyka folk. Kocham rocka za to, że jest taki demokratyczny, z drugiej strony jednak przeraża mnie dominacja anglosaskiej kultury – bo widzimy świat zbyt jednowymiarowo i przez pryzmat władzy jednej siły.

Czy w kontekście popkultury piosenka może mieć nadal siłę muzyki folk?

To, ciekawa kwestia. Moja analogia rocka i folku jest jednak nie do końca trafna. (śmiech) Siła folku wynika z tego, że to forma komunikacji kształtowana przez wieki, z pokolenia na pokolenie. Niesie mądrość historyczną uformowaną w bardzo konkretnych warunkach i unikalnym kontekście. Rock zaś to niezwykle młody gatunek. 50 lat to w dziejach kultury naprawdę niewiele. I dlatego wierzę, że muzyka folk przetrwa i będzie cały czas mocna i potrzebna. Moja żona Alfie zbiera sporo muzyki góralskiej, z Tatr. Oczywiście – słychać w niej pokrewieństwa z muzyką ze Słowacji, ale to jednak zupełnie niepowtarzalny styl. Byłoby strasznie, gdyby świat zapominał tych unikalnych formach. Rock to co innego – jest kosmopolityczny, zależny od mediów. Choć bez wątpienia ma moc jednoczenia ludzi i lubię jego demokratyczną formę.

Sam przywiązujesz się do muzyków i dajesz im dużą swobodę. „Comicopera” to kolejny Twój album, nagrany w niemal tym samym składzie. Czy zatęskniłeś za graniem w zespole?

Nie, nie tęsknie za graniem w zespole, ale tęsknie za brzmieniem zespołu. Gdy nagrywasz samemu, wszystko zyskuje kameralny urok. Ale ja cieszę się, gdy brzmienie jest troszkę bardziej żywe, masywne, gdy słyszę dęciaki. Choć uwielbiam też smutne płyty nagrywane w sypialni i w ten sposób czasem też pracuje. Tak naprawdę jestem smutnym kolesiem, który najchętniej nie wychodziłby ze swego pokoju. Nie tęsknie więc wcale za tournee. Muzyka to wciąż dla mnie zajęcie samotnicze – ale cenię komfort pracy z przyjaciółmi. Brian Eno, Phil Manzanera, Paul Weller – wszystkich znam od lat. To prawda, że na „Comicopera” grają w zasadzie Ci sami muzycy, co na mojej poprzedniej płycie „Cockooland”: Annie Whitehead, Yaron Stav, Jamie Johnson. Tworzymy razem taką małą rodzinę. Spotykamy się raz na jakiś czas trochę towarzysko, trochę by pracować. Jestem szczęśliwy, że udaje mi sie pracować w pewnej harmonii. To ważne. Choć za każdym razem pojawia się jakiś nowy pierwiastek. Tym razem początek płyty jest bardziej kobiecy – na płycie śpiewa brazylijska śpiewaczka Monica Vasconcelos . Z kolei pierwsza kompozycja jest autorstwa Anji Garbarek. Zdaje się, ze Garbarek to polskie nazwisko, prawda?

Tak.

Wiedziałem, że oni maja polskie korzenie. Lubię ojca Anji, Jana. Kiedyś go spotkałem i zapowiedziałem, ze nagram jedna z piosenek jego córki. On się ucieszył, wiec skoro raz obiecałem, musiałem ją nagrać.

Mówisz, że rock to powszechnie zrozumiały język popkultury. Czy dlatego tak chętnie korzystasz z kompozycji innych muzyków?

Kiedy nagrywam płytę, chcę by byłą ona możliwie najlepsza. I jeśli przyjdzie mi do głowy, że czyjaś piosenka idealnie pasuje do kontekstu i ktoś wyraził pewne emocje lepiej ode mnie, nie widzę powodów, by z tego nie skorzystać. Oczywiście zawsze staram się wnieść do cudzej piosenki coś własnego. To dla mnie też rodzaj kontaktu ze światem. Zastępuje mi pracę w grupie. Interpretacja cudzych songów to rodzaj otwarcia na innych, współpracy, cyrkulacji idei. Czuję się wtedy mniej wyizolowany.

Właśnie – z jednej strony mieszkasz na prowincji i tworzysz z boku głównych nurtów. Z drugiej – zawsze jednak żywo reagowałeś na bieżące wydarzenia polityczne. Trudno mi o to nie zapytać. Wiem, że w Anglii Twoje polityczne wybory wiązały się często z postawą „pod prąd”, a nawet towarzyskim ostracyzmem. Jednak, szczerze mówiąc z polskiej perspektywy, wydają się one kompletnie niezrozumiałe i naiwne. Zapisać się w latach 80-tych do Partii Komunistycznej u nas było szczytem oportunizmu i cynizmu.

Jestem niezmiernie zaskoczony i ogromnie wdzięczny, że w Polsce w ogóle ktokolwiek śledzi jeszcze to, co robię. Powinienem raczej oczekiwać, że w kontekście, o którym wspomniałeś nikt nie będzie mnie chciał już słuchać. Dziwi mnie, że wciąż kogoś obchodzi, co mam do powiedzenia. Wiem, ile zbrodni popełniono w imię komunizmu i moje zachowania w tamtym czasie było naiwne. Ale z drugiej strony wciąż gotów jestem bronić idei Marksa: wszystko, co zrobiono w imię komunizmu nie ma, moim zdaniem, nic z Marksem wspólnego. Moja postawa z tamtego okresu, ale i dzisiejsze wybory wynikają z niezgody na to, by bogaci stawali się coraz bogatsi, kosztem biednych., którzy na nich pracują i staja się coraz biedniejsi. W Anglii komuniści zdawali mi się mniejszymi hipokrytami niż partia socjalistyczna. Ale podkreślam, że to polska „Solidarność” z tamtego okresu uosabia idee, w które wierzyłem i wierzę. Polski komunistyczny rząd był dla mnie zdegenerowaną elitą, grupą arystokratów i satrapów.

Czytaj drugą część wywiadu.

Reklamy

Witajcie na stronach blogu Isound Labels.

Magazyn


Stop.Look.Listen



Serdecznie zapraszamy do naszego nowego działu - Magazyn Znajdziecie w nim w wywiady, artykuły, sylwetki artystów czy nasze płytowe rekomendacje i przypomnienia.

Zapowiedzi wydawnicze

Luomo Plus

Toro Y Moi Underneath The Pine


Best New Music | 2011
Kultowi i wizjonerscy artyści na jednej kompilacji! Przyszłość sceny muzycznej już dziś! Na płycie m.in. Fleet Foxes, Kanye West, Washed Out, Robyn, Austra, Ariel Pink, Emika, Junior Boys, Four Tet, Deerhunter, Toro Y Moi, Gang Gang Dance, Iron & Wine i inni.

Toro Y Moi Causers Of This

Reklamy

%d blogerów lubi to: