Na tyłach stołecznego klubu Stodoła: dwie kanapy, stolik. W pomieszczeniu obok hałasuje ekipa montująca sprzęt foto, a na kanapie Ed i Chris z Editors. Uśmiechają się przepraszająco.

Ed: Wiesz, ustawiają tam kamery do kręcenia wideo i dlatego tam tyle hałasu. Ale obiecali, że nie będą nam przeszkadzać. To jak, jedziemy?

Jedziemy. ITLAOTE jest uważany za wasz najmroczniejszy album. Czy zgadzacie się z tą opinią? Co was inspirowało?

Chris: Wiesz, muzyka na tym albumie jest bardzo agresywna, a teksty są mroczne. W pewnym sensie to brzmi jak gdyby muzyka podążała za tekstami, szła w tę samą stronę. Mieliśmy trochę futurystyczne wizje, takie pomysły sci-fi;  chcieliśmy zrobić własnie takie dźwięki: agresywne, ciemne. Jak miasto nocą, światła, coś w tym stylu.

Czy to „miasto nocą”, o którym wspomniałeś, jest realnym odniesieniem do jakiegoś konkretnego miasta? Pochodzicie z Wielkiej Brytanii; w jakim stopniu wasze piosenki dotykają problemów życia właśnie tam?

Ed: Tak naprawdę to Tom pisze słowa naszych piosenek, my nie bierzemy w tym wcale udziału. Ale myślę, że nasz doświadczenia teraz są związane głównie z przeżyciami z trasy. Dużo podróżujemy, dajemy koncerty, jeździmy po świecie. To wszystko przekłada się na nasze piosenki. Nie można tak naprawdę powiedzieć, ile z tych obserwacji ląduje potem w muzyce, a ile w tekstach – ale z pewnością wszystko, co się dzieje, ma na nas jakiś wpływ.

Wasz ostatni album różni się brzmieniowo od poprzednich, jest bardziej elektroniczny. W powszechnym mniemaniu brzmienia elektroniczne wydają się bardziej wypolerowane, odczłowieczone, kliniczne od klasycznego rockowego grania. Czy w tej formule  możliwe jest zachowanie w muzyce „ludzkiego” pierwiastka?

Chris: Chcieliśmy – i było to bardzo ważne przy tworzeniu tej płyty – utrzymać ludzki charakter piosenek. Coś jakby maszyny-które-nagle-ożyły. Jednym z konceptów, z głównych pomysłów jaki mielismy przy tworzeniu tego albumu, był człowiek-maszyna, ktoś pomiędzy automatem i osobą. Chcieliśmy, żeby ta maszyna czuła – i była odczuwana – po ludzku. Kiedy tylko pojawiała się możliwość ludzkiej ingerencji w automatyczny dźwięk, robiliśmy to. Na przykład zmienialiśmy parametry keyboardów, albo celowo podkręcaliśmy jakieś tony, albo je obniżaliśmy tam, gdzie niekoniecznie było to oczywiste. Albo nie polerowaliśmy dźwięku. Dzięki temu te maszyny brzmią zdecydowanie ludzko.

Ed: O, tak! Myślę, że udało nam się to osiągnąć. Tak jak powiedział Chris, chodziło na o to, żeby nie brzmieć zbyt czysto, klinicznie.

Chris: …i pobrudzić trochę brzmienie.

Zaryzykowaliście eksperymentując -.jak wam się zdaje, czy przyciągnęło to nowych fanów, czy raczej odstraszyło starych?

Chris: Ja wcale nie uważam, żeby to było takie ryzyko! Ale jeśli chodzi o publiczność, to myślę, że wyszło pół na pół. Prawdopodobnie straciliśmy kilku fanów, którzy lubili perkusje i gitary, a zyskaliśmy kilku nowych. Taaak, kilku nowych, którzy nie przepadali za naszym pierwszym albumem (śmiech). I może przekonaliśmy paru, którzy znali tylko drugi album, że jednak jesteśmy fajni. No i trzecim albumem przyciągnęliśmy kolejnych ludzi. Half-half.

Czy publiczność na koncertach jest wyraźnie inna niż do tej pory?

Ed: Trudno to ocenić w tej chwili: na razie byliśmy tylko w Niemczech. I poszło nam wybitnie dobrze! Włożyliśmy w koncerty dużo pracy. A jeśli chodzi o tłum, to mam wrażenie, że jest trochę bardziej – uhm – trendy. Nie wiem, jak to dokładnie wytłumaczyć. Ale widzę, że coś się zmieniło. Ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty są bardziej skupieni na przekazie, na tym co robimy. Pojawiły się nowe instrumenty, na scenie dużo się dzieje, zmieniamy sprzęt, wszystko jest bardziej elektroniczne i czujemy, jakby ludzie przychodzili nas nie tylko posłuchać ale i obejrzeć. Koncentrują się i na serio angażują się w muzykę. Nie tylko podrygują popijając piwo. Bardziej uczestniczą.

A polscy fani? Różnią się od innych?

Ed: Tak!

Chris: Ale trudno powiedzieć czym dokładnie. Graliśmy dużo koncertów z wystylizowanym indie-światkiem na widowni i czasami mieliśmy wrażenie, że są zblazowani. A tu ludzie zawsze reagują bardzo żywiołowo, tańczą, śpiewają. Myślę, że to dobrze świadczy o Polakach.

Chris, jak to jest zamienić gitarę na syntezator? Trudno bez gitary o stylowe rock’n’roll pozy?

Chris: Wiesz, to nie jest dla mnie normalna sytuacja. Kiedy nie mam na sobie gitary, czuję się – hm – trochę dziwnie. Szczególnie w momentach, kiedy niczego nie gram, tylko stoję sobie, albo trochę się przejdę po scenie. Właściwie odrobinę się wtedy nudzę. Na tej płycie jest sporo przestrzeni i na koncertach chcieliśmy tę przestrzeń zachować i, no właśnie, czasem po prostu nie mam nic do roboty. I to właśnie jest dziwne, bo gdybym miał moją gitarę, to zachowywałbym się zupełnie inaczej. Ale jej brak jest w pewnym sensie inspirujący, bo pojawił się nowy element, który trzeba poznać i wyczuć. Coś nowego.

Na tym albumie produkował was Flood. Jak wyglądała wasza współpraca? Był bardziej szefem, mentorem, kolejnym członkiem zespołu?

Ed: Tak serio, to Flood nie robił właściwie nic! (śmiech)W zeszłym tygodniu rozmawialiśmy o tym i ciężko nam powiedzieć, tak konkretnie, co Flood zrobił dla nas i dla brzmienia tego albumu. Sam nie wiem. Ale mówił nam, że chce, żeby go przedstawiać jako prawdziwego sk***wiela.

Chris: He, he! Fakt. (śmiech) Mówił “Powiedzcie im, że jestem prawdziwym sk***wielem!”.

Ed: A tak naprawdę, Flood po prostu cały czas z nami był. Gdy utykaliśmy z czymś, mówił nam, żeby po prostu iść dalej. Bo wiesz, czasami zdarzała się taka blokada i wszyscy skupialiśmy się na jednym wielkim „co z tym zrobić?” i wtedy Flood po prostu mówił: „Chłopaki, zostawcie to, jedziemy dalej”.

Chris: Tak. W sumie on pilnował, żeby wszystko szło gładko. My naprawdę jesteśmy do niczego, jak na czymś się blokujemy, albo jesteśmy znudzeni, albo coś nam nie pasuje. To strasznie wkurzające. I czasami tak było, że nie mogliśmy tego przeskoczyć i w efekcie nie słyszeliśmy, jak coś naprawdę brzmi. Wtedy wkraczał Flood i mówił „Spoko, jest dobrze”. I pytaliśmy go o inne fragmenty, a on mówił „Okej” albo „Brzmi fajnie” – i wtedy zaczynało nam się podobać.

Jacy jesteście w studio: poważni i skupieni, czy raczej weseli i rozbawieni?

Ed: Przy tym albumie byliśmy bardzo bardzo szczęśliwi i zadowoleni. Serio!

Naprawdę?

Ed: Tak! Wiem, czasem wydaje się to niemożliwe, ale tak właśnie było!  Coś jakby niewierny obraz nas samych, hehe! Nawet te bardzo mroczne dźwięki, wiesz, musieliśmy je „wymyślić”. I to było trochę jak zabawa. Te wszystkie ciemne, cholernie straszne dźwięki, były absolutnie zabawne w tworzeniu! Czasami po prostu myśleliśmy „Rany, zajebiste!”.

Chris: No! Dużo pracowaliśmy z naszymi głosami. Na przykład taki jakby płacz: przykładaliśmy mikrofony do gardła i wydawaliśmy z siebie takie krótkie urywane „ah-ah-ah” i to było naprawdę śmieszne. Serio, doskonale się przy tym bawiliśmy!

Mieszkacie w różnych miastach, na różnych kontynentach: czy – i jak – zmieniło to wasz sposób pracy nad albumem?

Ed: W sumie od zawsze pracowaliśmy w ten sam sposób. Tak samo przy In This Light….., jak przy poprzednich albumach. Dostajemy e-maile z pomysłem i potem każdy siedzi sobie spokojnie w swoim domu i rozkminia temat najpierw sam dla siebie. A potem spotykamy się w sali prób i wspólnie łączymy te pomysły i składamy je do kupy i szlifujemy. Ale tak naprawdę nasz sposób pracy wcale się przez odległości nie zmienił. Ani trochę.

Kiedyś pracowaliście we dwóch jako sprzedawcy butów.

Chris i Ed: (śmiech) Uh, te buty! Litości!

Ok, ok. Interesowało mnie bardziej czy uważacie się, jako zespół, za świadomych mody? Jak, waszym zdaniem, wasz image może wpływać na to, jak zespół jest odbierany.

Ed: Świadomi mody? Daj spokój, popatrz na nas! (śmiech)

Chris: A tak serio, wygląd może być kluczem do sukcesu. Na przykład popatrz na The Bravery. Albo The Horrors. Pamiętam kiedyś, nigdy o nich wcześniej nie słyszałem i potem nagle pojawili się na NME Awards – ciuchy, fryzury, cały look. Zapadają w pamięć. A my? Sam nie wiem. Nie staramy się być jakoś szczególnie na czasie, trendy czy jak to nazwiesz. Nasz jedyny pomysł na wygląd to być classy. Wiesz, taki klasyczny image, dużo zestawień czerni i bieli, monochromatyczne ubrania, proste, ułożone, wyprasowane. Keep it simple.

Jakie są wasze ulubione miejsca do grania?

Chris: Brixton Academy! Moje ulubione miejsce. Znasz taki klub AB w Brukseli? Mówi się, że to najlepsze miejsce w Europie – byliśmy tam i jest do dupy! Jak pudełko. Brzmi dobrze, ale nie ma duszy. I wtedy jak grasz i tak wychodzi płasko. Zupełnie nie jak w Brixton Academy: to miejsce jest historią! Poza tym jest piękne, ma świetny wystrój, fantastyczną atmosferę i klasyczny układ, nooooo…..

Ed: … widowni.

Chris: Właśnie, widowni. Magiczne miejsce. Z duszą.

A czy jest jakieś niecodzienne miejsce, w którym świetnie wam się grało?

Ed: Graliśmy w kościele w zeszłym tygodniu. To nie był koncert jakie na ogół gramy. Taki akustyczny, oszczędny gig. Podobało nam się. Ale nie chciałbym tak grać codziennie.

Lubicie akustyczne występy?

Chris i Ed: Nie!

Chris: Kiedy grasz wielki koncert, dużo się dzieje. Kiedy grasz akustycznie, wystarczy jedna fałszywa nuta i wszyscy to słyszą. To potwornie żenujące. I powoduje ogromną presję, nie ma mowy o zrelaksowaniu się i „popłynięciu”. Starasz się odprężyć, ale cały czas musisz i tak być na maksa skupiony i uważny. Przy koncertach z elektroniką możesz przynajmniej trochę poszaleć.

Czego ostatnio najchętniej słuchacie?

Chris: Ciężko powiedzieć.Talking Heads. Ale też na przykład LCD Soundsystem albo New Order.

Ed: Tak, Talking Heads. A ostatnio na przykład słuchalismy Frankie Goes To Hollywood. Niesamowite, jak ta muzyka jest spójna: jeden track wypływ z drugiego, po prostu przelewa się bez zatrzymania, świetne.

Jakie jest wasze idealne miejsce do mieszkania?

Ed: Barcelona! To miasto ma wszystko: morze, plaże, fantastycznych ludzi, świetne miejsca, pogoda jest idealna. Gaudi. Cudo.

Chris: Nie zamierzam opuszczać Nowego Jorku, więc chyba Nowy Jork. Gdyby nie bariera językowa, to może Tokio. Ale że angielski nie jest tam aż tak popularny, to.. jednak Nowy Jork.

Dzięki za rozmowę.

Reklamy

Witajcie na stronach blogu Isound Labels.

Magazyn


Stop.Look.Listen



Serdecznie zapraszamy do naszego nowego działu - Magazyn Znajdziecie w nim w wywiady, artykuły, sylwetki artystów czy nasze płytowe rekomendacje i przypomnienia.

Zapowiedzi wydawnicze

Luomo Plus

Toro Y Moi Underneath The Pine


Best New Music | 2011
Kultowi i wizjonerscy artyści na jednej kompilacji! Przyszłość sceny muzycznej już dziś! Na płycie m.in. Fleet Foxes, Kanye West, Washed Out, Robyn, Austra, Ariel Pink, Emika, Junior Boys, Four Tet, Deerhunter, Toro Y Moi, Gang Gang Dance, Iron & Wine i inni.

Toro Y Moi Causers Of This

Reklamy

%d blogerów lubi to: