wywiaddrivealonePo nieoficjalnych wydawnictwach „Letitout EP” i „Marionettes And Satellites” Drivealone wreszcie debiutuje „rynkowo” albumem „30 Heart Attacks A Day”. O nowych piosenkach, tekstach, własnych korzeniach, współpracy z Muchami i przyszłości opowiada Piotr Maciejewski – twórca projektu.

Czytałeś recenzje „30 Heart Attacks…” na Porcys? Dotychczas Twoje rzeczy przyjmowano tam bezkrytycznie, a teraz Jędrzej podkreśla taką dychotomię:  atrakcyjne brzmienie / niedostatecznie atrakcyjne piosenki. Co mnie zdziwiło, bo – owszem – brzmienie na płycie zwraca uwagę, ale nie mam poczucia deficytu dobrych piosenek. Dla mnie pod tym względem to krążek równiejszy niż „Marionettes And Satellites”  i jest to równanie w górę… ”Conspire, Conspire” to chyba w tej chwili mój ulubiony z Twoich kawałków.

Fajnie, że tak mówisz, bo on jest bardzo prosty, ale też go lubię. To zresztą stary utwór – już kilka razy próbowałem go dokończyć i gdzieś zamieścić. Ale jakoś mi nigdzie nie pasował. Był częściowo gotowy przy „Letitout” , ale odpuściłem, nie byłem wówczas przekonany. A teraz jestem bardzo zadowolony z tego, jak to wyszło. Nie mam poczucia spadku piosenkowej formy. Mnie też się wydaje, że to są dobre kompozycje. Choć to prawda, ze wiele osób zwraca uwagę na brzmienie. Jakby nie było tu piosenek … Ale może to pierwsze wrażenie.

To dobry punkt wyjścia do pytania o tym jak definiujesz „atrakcyjność” w muzyce? Co to dla Ciebie oznacza jako dla twórcy, ale też jako odbiorcy?

Prawdopodobnie rok czy dwa lata temu bym odpowiedział zupełnie inaczej. Byłem bardziej hermetyczny i miałem swoje  bardzo wąsko definiowane kryteria. I jeśli coś je spełniało, to było atrakcyjne, a jak nie spełniało, to nie było. Chyba jednak w ostatnim czasie otworzyła mi się głowa, albo po prostu przestałem wszystko analizować. Nie zawsze muszę wiedzieć dlaczego coś mnie rusza. Czasem zwracam uwagę na  piękną melodię i wspaniałą sekwencje akordów. A czasem coś przykuwa uwagę, dlatego że brzmi oryginalnie, nieszablonowo, inaczej niż wszystko, co słyszałem wcześniej. Mówię to jako słuchacz. Jako twórca analizuje uważnie i  jestem usatysfakcjonowany, gdy mam wrażenie, że piosenka trzyma się jako całość. Składa się z pewnych pomysłów, ale funkcjonuje jako odrębny i spójny byt. Oczywiście zwracam uwagę na poszczególne elementy konstrukcyjne, zależy mi by nie popadać w schematy, unikam szablonów kompozycyjnych. Jednak nie można też wszystkiego robić wbrew regułom, pod prąd, bo czasem wychodzą z tego potworki. Coś ciekawego zaczyna zwykle, gdy zbalansuje się prostotę z nieszablonowością.

W rozmowach o Drivealone przyznajesz, że bliska Ci jest amerykańska tradycja. Jak rozumiem podkreślasz to także w opozycji do Much, które są – generalizując – bardziej „angielskie”.

To pewne uproszczenie, ale u mnie to nie wynika z jakiejś ideologii, ale  ze statystyki. Gdybym miał konto na Last Fm pewnie by się okazało, ze 90% muzyki, której słucham to są amerykańskie rzeczy. Nie wiem, co jest przyczyna, a co skutkiem.

W Muchach sięgasz jednak po nieco inny alfabet…

Tak, to o czym mówiłem odnosi się do Drivealone. Ale pamiętaj, że w Muchach odpowiedzialność jest rozłożona na cztery osoby, nawet gdy ten wkład nie zawsze jest równomierny. W zespole wszystko jest efektem pewnego kompromisu. Często sobie mówimy: to jest słabe, wieśniackie, tandetne – zwykle to ja mówię , he,he… – ale ktoś inny przekonuje, że fajna melodia, fajny groove. Efekt finalny jest wynikiem tych starć. Jest kompromisem, który zadowala wszystkich. Gdy się pracuje samemu wygląda to zupełnie inaczej. Sam muszę decydować czy to, co piszę jest fajne czy do wyrzucenia.

Komponowanie dla Much traktujesz jako wprawkę w pewnej konwencji?

Trochę tak jest. Z jednej strony „wprawka w konwencji”, ale z drugiej – jednak duża radość z interakcji, z grania w zespole, z tego, że się spotyka kilka osób i robi coś wspólnie. Każdy coś wnosi i albo wychodzi albo nie wychodzi.

To wracając, do ”amerykańskości” Drivalone. Co jest w tej alternatywnej tradycji za Oceanu dla Ciebie najistotniejsze? Jakbyś zdefiniował ten, hmm, „komponent emocjonalny”.

Wiesz, to jednak trochę nieuchwytne. Jest to nieco odmienny rodzaj wrażliwości. Jak sam mówisz: komponent emocjonalny, szczególny dla tej kultury. Inne emocje, inna retoryka – bo mówimy też o tekstach. Bliższym mi autorem tekstów jest Isaac Brock niż Morrisey. On bardziej opowiada o mnie. Muzyka ze Stanów i ta z Wysp mają nieco inne źródła kulturowe, nieco odmienny kontekst oraz historię i nie czuję się upoważniony do tego, żeby przeprowadzić tu jakiś dłuższy wywód.

Kiedyś z kumplem wysnuliśmy niewiążącą teorie, że w Anglii nawet jak grasz w outsiderskim bandzie, to ktoś zawsze zna gościa z Telewizji Granada albo kogoś w BBC i twój przekaz kształtuje perspektywa występu w Telewizji Granada. A w Stanach twórcy mierzą się z pewnym mitem, ale – poza NYC i LA – się nie kalkuluje, bo przekaz formuje perspektywa pustyni i niekończącej się autostrady.

No coś w tym jest. Na pewno to kwestia jakiegoś mitu. Moja prywatna historia biegła akurat w ten sposób, ze wyrastałem na rockowej mitologii amerykańskiej. W tym formatywnym okresie, powiedzmy późnopodstawówkowym, jarałem  się Soundgarden, a wcześniej słuchałem Metalliki. Z tą amerykańskością, szeroko rozumianą, dorastałem. Sam nie wiem jak to jest: jakimś zbiegiem okoliczności kształtuje się pewien rodzaj wrażliwości, sposobu myślenia o muzyce i prawdopodobnie też o świecie. Jestem przekonany, że po prostu więcej osób, które myślą podobnie do mnie jest tam, w Stanach.

Drivealone odwołuje sie nie tylko do „cool” alternatywy – Built To Spill, Seam, Modest Mouse, płyt z DeSoto, ale kontynuuje też wątki lirycznego grunge/emo. Jakby uczysz ludzi, że to coś więcej niż pięć zespołów w combatach „trzy/czwarte” i proponujesz autorskie, niesztampowe przetworzenie tej tradycji. Choć to pojęcia zawłaszczone obecnie przez niezbyt fajne zjawiska w popkulturze niemal wszyscy, którzy się dziś odwołują do tzw. „alternatywy”  na tym wyrośli. Nawet jeśli twierdzą, że „słuchali Pavement w gimnazjum”.  Sonic Youth w tym kraju naprawdę mało kto znał przed Nirvana.

Ani to moja wina, ani Nirvany czy twórców emo, że tak się stało. Jeśli powiedziałeś, że uczę ludzi coś odczytywać na nowo, to nie dlatego, że mam ambicje i aspiracje, żeby ich uczyć. Tylko dlatego, że są niedouczeni. To jest norma w kulturze, że niektóre rzeczy się wypiera, stają się wstydliwe, i nagle potem okazują się tym bardziej atrakcyjne i można się nimi podjarać. Więc mówię ci, że będzie revival grunge. Ja się nigdy nie wypierałem swoich korzeni, swoich fascynacji na przestrzeni całego życia i jestem przekonany, że tak jak osobowość człowieka kształtuje wszystko to, co przeżył, tak wrażliwość muzyczna kształtuje wszystko to, czego słuchał od dzieciństwa. Nie chcę amputować nic ze swojej świadomości, bo wtedy do pracy podchodziłbym z jakąś tezą, z założeniem, a wolę pracować w sposób naturalny.

drivealone

A nie myślałeś o tym by nagrać płytę akustyczną, jak – dajmy na to – Jeremy Enigk?  Bez myślenia o brzmieniu, które przykrywałoby ten, tzw komponent emocjonalny czy formę piosenki?

Te płyty Jeremy’ego nie były aż tak wybitne, żeby mnie wprost inspirowały, ale idea mi się bardzo podoba. Ale to chyba nie ten czas.

Jesteś za młody na akustyczne smęcenie?

To nie kwestia wieku Dotychczas czułem, że na takim, powiedzmy, „niskim” poziomie ekspresji, są jeszcze rzeczy które mógłbym wyrazić, więc nie powinienem się katapultować w rejon, który przychodzi później.

Chcesz powiedzieć, że spodziewasz się, że jeszcze przed Tobą religijne objawienia?

Ja przez długi czas ten wymiar całkowicie ignorowałem, co pewnie wynikało z rozczarowania doktryną katolicką, w której jesteśmy wychowani. U mnie to rozczarowanie przyszło dość wcześnie  i nie szukałem alternatyw. Nie szukałem innych uniesień. Ale przyznam się, że im się robię starszy, tym bardziej odczuwam, że byłem w błędzie ignorując wymiar duchowy. To nie znaczy, że wracam na łono Kościoła, he,he…Chodzi raczej o ogólną potrzebę zastanowienia się nad swoją duchowością. Mam coraz więcej przemyśleń i może to znajdzie swoje odbicie na kolejnych płytach.

Póki co zapowiadasz, że kolejny Drivealone nagrasz bez gitary.

To nie tak. Na pewno nie będzie to płyta zupełnie bez gitary. Ja jednak czuję się gitarzystą i to dla mnie naturalny instrument. Nie wyobrażam sobie, że zrezygnuję z gitary w ogóle. Ale mam ochotę -przynajmniej teraz, nie wiem jak będzie za jakiś czas – inaczej rozłożyć akcenty. Przenieść środek ciężkości z tradycji gitarowego grania lat 90tych na coś innego. Wpuścić trochę powietrza w tę formułę, żeby ludzie nie kojarzyli tego projektu tylko z jedną estetyką, z jednym punktem odniesienia. Gitarowe granie to jednak tylko pewien wycinek tego, co na mnie wpływa i co mnie inspiruje. Do tej pory w Drivealone był to ton dominujący, ale może wkrótce do głosu dojdą też moje inne zainteresowania. Nie będzie to jakieś radykalne odcięcie: nie chcę udowadniać, że potrafię nagrać każdego rodzaju muzykę. Chcę żeby była inna, a przy tym tak  samo moja. Zależy mi na tym, żeby było słychać, że wszystkie moje płyty wypływają z mojej wrażliwości, a manipulacji podlega tylko dobór środków, wybór kolorów. Można grac jak  Fennesz, który jest gitarzysta i gdyby nie to, że on już jest to chciałbym takie płyty nagrywać.

Fennesz jest w końcu mocno osadzony w shoegaze…

Jasne! Ale mało kto to słyszy i  klasyfikuje się to jako ambient, elektronikę.

Miałem cie zapytać o Twój płytowy kanon….

Nie wiem czy chcę wymieniać swoje ulubione płyty, bo to jednak ukierunkowuje odbiór.

Chyba tylko dziennikarzy…

He,he.. wiesz, 10 „płyt życia”  fajnie sobie poukładać w domu, w wolnej chwili. Potem poprawić, skorygować kilka razy… Mogę ci kiedyś wysłać w mailu. Na teraz chyba bym nie umiał z głowy wymienić. Poza tym w życiu się pojawia mnóstwo bohaterów i fascynacji na każdym etapie i trudno wyabstrahować, co jest rzeczywiście najważniejsze. Wiesz – jak byłem mały to mi się podobały piosenki Kombi i do dziś je pamiętam, tylko co z tego wynika?  A może jednak wynika, skoro mam te kompozycje w głowie i je nucę?

A kiedy słuchałeś ostatnio „30 Heart Attacks A Day”?

Jakoś tydzień temu. Zaraz po masteringu musiałem na pewien czas od niej odpocząć, bo za dużo słuchałem w czasie produkcji. Potem włączyłem po dwóch miesiącach, gdy przygotowywaliśmy się przed koncertem w Trójce. Zazwyczaj bardzo szybko wpadam w samokrytykę, ale muszę powiedzieć, że tym razem jestem z tej pyty zadowolony i nadal mi sie podoba. Choć gdybym nagrywał ją teraz, byłaby już inna.

Co byś zmienił?

Wydaje mi się, że wtedy miałem potrzebę, żeby ten przekaz był bardzo bezpośredni. Bardzo tę potrzebę szanuje i ona zdeterminowała tę płytę. Dlatego to dla mnie tak wartościowe piosenki. To się objawia w produkcji, np. wokale są bardzo z przodu, jak nigdy wcześniej, z bliskiego telefonu…

Słychać, że bardziej komfortowo sie czujesz ze swoim wokalem.

To nie jest chyba nic stałego. Akurat w tamtym okresie tak się czułem Chciałem by wokale zabrzmiały właśnie w ten sposób, choć teraz bym pewnie bardziej je wtopił w miks.  Nie dlatego, że się wstydzę swojego głosu, tylko dlatego, że jak teraz słucham tego albumu – z takim fikcyjnym, udawanym dystansem –  to on mi się wydaje na maksa intymny. A ja jestem jednak dość introwertyczną osobą i w codziennym funkcjonowaniu nie wchodzę w takie relacje z ludźmi, jak wszedłem ze słuchaczem na tej płycie. Nawet nie mówię o tym, że intymność wynika tu z jakiś odniesień do mojego życia – moje doświadczenia są tu tylko punktem wyjścia do pewnej kreacji, do jakiejś opowieści. Chodzi mi o sposób w jaki to zostało podane – to uderzające nawet dla mnie. Wydaje mi się dziś zbyt bezpośrednie. Ale to odczucia zmienne i zależne od mojego nastroju Nadal szanuje sposób w jaki to zrobiłem, podoba mi się. Cieszę się z tej płyty.

Nagrywając te piosenki, wiedziałeś o tym, że wyjdą na płycie?  I przez to trafią też do nieco innego odbiorcy, niż ci, którzy znają Cie z CDRów i internetu?

Od początku chciałem je wydać na płycie. I raczej zakładałem, że trafi ona do słuchaczy, którzy znali mnie wcześniej. I będzie to swego rodzaju prezent dla nich –  wcześniej słuchali mp3 i ciepło się wypowiadali, a teraz dostaną płytę do ręki. W ładnym pudełku. Chciałem wydać to sam w bardzo niskim nakładzie. Ale odezwał się Ampersand, zaufałem Tomkowi, oddałem mu pewne decyzje w zakresie produkcji czy promocji i jestem zadowolony. Płyta ma jakąś promocję, wygląda ładnie.

Efekt jest taki, że ci którzy słuchali Cie wcześniej, robią wrażenie rozczarowanych, że ktoś im ukradł ich „elitarną” , prywatną przyjemność.

He,he…i dlatego nikt tej płyty nie kupi. Tym bardziej, że są na niej takie haczyki, dla tych, którzy znają wcześniejsze.

Ale przecież intymny przekaz może być też powszechnie zrozumiały. Czy teksty są dla Ciebie jakoś szczególnie ważne?

To chyba pierwsze moje nagrania, przy których przyłożyłem taką wagę do tekstów. I mam przekonanie, że one mówią o czymś konkretnym. Każdy tekst jestem w stanie jakoś zinterpretować, choć oczywiście koślawo. Są właśnie takie, jakie powinny być. Nie są nieważne. Przyznaję, że trochę jestem rozczarowany, że – przynajmniej w recenzjach – się je ignoruje. Nie uważam się za wybitnego tekściarza, ale mam niedosyt czy nawet żal, że nikt na nie nie zwraca uwagi.

Ja też przy pierwszych odsłuchach potraktowałem je onomatopeicznie, koncentrowałem się na piosenkach, aranżacjach, brzmieniu…

Nie każdy musi słuchać tych piosenek w skupieniu, ale ludzie chwalą warstwę muzyczna i słuchają uważnie, a o tekstach piszą ogólniki: depresja, melancholia, smutek… A akurat na tej płycie nie ma depresji. Jest taka walka desperacka. Machanie kończynami bezładne.I sporo pozytywnych akcentów w pierwszym i ostatnim numerze – taka podróż ciemnym tunelem ze światełkiem na końcu.

W finale jednak nawiązałeś do Morriseya nie Brocka.

Tak. Ale bardzo często mam tytuł zanim powstaje tekst. Po prostu wymyślam sobie jakiś fajnie brzmiącą frazę i dobudowuje resztę. Zaczynam sobie wyobrażać, o czym może być piosenka, która tak się nazywa. No i często tytuł zostaje, choć nie odnosi się bezpośrednio do tego, co jest w tekście.

Dunin czy Lesław powiedzieliby Ci , że nie masz wkładu w kulturę polską.

Może nie mam. I co? Choć myślę, że to, co robię jest wyjątkowe na polskie warunki. Nie przypominam sobie, by ktoś robił coś podobnego. Nie uważam też, żeby te teksty – choć po angielsku – były oderwane od rzeczywistości. Po prostu są pisane z dość subiektywnej perspektywy, a mój styl jest specyficzny. Ale myślę, że są bardzo zakorzenione – to są teksty o tym, co przeżywa się właśnie tu i teraz.  Są często napisane w drugiej osobie – mogą być o mnie, mogą być o słuchaczu. Nie chcę mówić, że mają szczególnie osobisty ton, bo takie wyznanie nabiera powagi. Ale to taki niedorobiony koncept-album. Jest tu wspólny wątek, wspólny motyw, choć realizowany na różne sposoby. To piosenki o  tym jak człowiek błądzi i się gubi, i szuka nie tam gdzie trzeba, i miota się i kopie, a sedno jest blisko, na wyciągnięcie ręki, wystarczy się obrócić, by je dostrzec.

Czyli emo?

No tak!

rozmawiał: Łukasz Lubiatowski

Reklamy

Witajcie na stronach blogu Isound Labels.

Magazyn


Stop.Look.Listen



Serdecznie zapraszamy do naszego nowego działu - Magazyn Znajdziecie w nim w wywiady, artykuły, sylwetki artystów czy nasze płytowe rekomendacje i przypomnienia.

Zapowiedzi wydawnicze

Luomo Plus

Toro Y Moi Underneath The Pine


Best New Music | 2011
Kultowi i wizjonerscy artyści na jednej kompilacji! Przyszłość sceny muzycznej już dziś! Na płycie m.in. Fleet Foxes, Kanye West, Washed Out, Robyn, Austra, Ariel Pink, Emika, Junior Boys, Four Tet, Deerhunter, Toro Y Moi, Gang Gang Dance, Iron & Wine i inni.

Toro Y Moi Causers Of This

Reklamy

%d blogerów lubi to: